Jak mam wyjaśnić fakt, że w poniedziałek po zdobyciu "Mitologii Pacyfiku" stałem się, kosztem zrobienia kilku kroków, posiadaczem następujących książek:
1. Zofia Drapella, "Mity i legendy morskie".
Ta autorka miło mi się kojarzy z uwagi na opracowanie pod tytułem "Od Lewiatana do Jormungandra. Rzecz o potworach morskich, ludziach z morza i duchach wód." I w jednym, i w drugim z tomów autorstwa Drapelli pojawia się ilustracja, przedstawiająca chińską boginię Nu Wa, co z powodów osobistych jest dla piszącego te słowa bardzo ważną sprawą.
2. Tadeusz Margul, "Mity z pięciu części świata".
Wiedziałem od początku, że lektura tego dzieła wzbudzi we mnie mieszane uczucia. Jak zwykle w przypadku zapoznawania się z mitologią, przepuszczoną przez pryzmat marksistowskiego światopoglądu. Taka szklana piramidka potrafi ze zwykłego światła zrobić tęczę. Ale przy filtrowaniu blasku mitu przez marksizm powstaje złudzenie optyczne postrzegania kompletnej nicości.
Jak i w tym wypadku. Ale czego chcieć od książki, wydanej przez "Wiedzę Powszechną"? Wydawnictwo, żalcie się bóstwa, państwowe? I już we wstępie autor popełnił coś, co mi wydało się ordynarną sprzecznością. Cytuję: "W niniejszej książce (...) będzie nas interesowała wyłącznie mitologia. Podania o założycielach religii, jakkolwiek bliższe o tyle Polakom, że chrześcijaństwo stanowi przykład religii założonej, odłożymy na później ze względów chronologicznych." No ja bardzo przepraszam, a czy przypadkiem opowieść o narodzinach, życiu, zgonie i domniemanym zmartwychwstaniu żydowskiego cieśli- buntownika to nie jest kolejna wersja mitu solarnego, a?
I nazwisko autora. Aż drażniące. Oczywiście sięgnąłem po "Silmarillion" Tolkiena, by sprawdzić czy się nie mylę. Nie, nie myliłem się. Wieża stojąca naprzeciwko Minas Tirith, bodajże przy granicy Mordoru z Gondorem. W lokalnej wymowie z "o" mogło powstać "a", w historii języka choćby polskiego zdarzały się nie takie przypadki. Minas Morgul, "Wieża złych czarów"!
Aż chciałem zakrzyknąć pod adresem autora: "A pan sam jesteś postacią mitycznie tolkienowską!". Tudzież rąbnąć książką o podłogę i strawestować słowa księcia Riliana ze "Srebrnego krzesła" Lewisa, kontaminując je z tym i owym od Stanisława Lema: "Leż tutaj, gryzdebna machino magii pasiebnej!"
Ale się powstrzymałem.
Oczywiście pierwszy rozdział tego dzieła nosi tytuł "Wątki mitologiczne Polinezji".
3. Proszę zapiąć pasy i nie palić. Robert Stiller, "Narzeczony z morza", zbiór baśni skandynawskich. To było jak odnalezienie kawałka niezaistniałej własnej przeszłości. Opowieści odznaczające się urokiem, wdziękiem i prostotą... podejrzewam, że dzięki wkładowi pracy Autora tego wyboru. Ale w baśni pt. "Prędki strzelec Per Gynt" znalazłem zdanie, które mogłoby wyjść spod palców Stephena Kinga i byłoby u siebie w każdym z 8 już tomów "Mrocznej Wieży"!
Co może łączyć Skandynawię i okolice wschodnich wybrzeży Oceanu Spokojnego?
Dla mnie odpowiedź jest jedna.
Thor Heyerdahl. Geniusz o imieniu skandynawskiego bóstwa gromu, dobroczyńcy ludzkości, na Wyspie Wielkanocnej uznany za wcielenie Króla- Słońca, Kon-Tiki.
I to, niestety, wciąż nie jest koniec tego drobnego spięcia w rzeczywistości.
A "Feniks" wciąż pomału rośnie.
niedziela, 17 lipca 2016
niedziela, 10 lipca 2016
Bieżąca dokumentacja i dziwne zbiegi okoliczności.
Dwa tygodnie wstecz, mniej więcej. Zachodzę do księgarni, wyspecjalizowanej w sprzedaży "tanich książek" i natykam się na "Mechaniczną pomarańczę" Burgessa w tłumaczeniu Roberta Stillera. A jest to pisarz i tłumacz, któremu zawdzięczam wspaniałe dla kilkulatka przeżycie, jakim była lektura zbioru baśni indonezyjskich pod tytułem "Niewinny tygrys". Już wtedy wyobrażałem sobie, że ktoś, kto potrafi tak pisać, musi być rudowłosym, kędzierzawym mężczyzną, przypominającym z urody Michaela Caine'a. Czas i Internet udowodniły, że było to z mojej strony jasnowidzenie na miarę gdzieś tak pół Danny'ego Torrance'a.
Ale oczywiście opowieści "małego Aleksa, co był" nie kupiłem.
Za to nabyłem kompilatorskie w sumie dzieło Jana Knapperta "Mitologia Pacyfiku". Po otwarciu książki w autobusie zapragnąłem sprawdzić czy w tym leksykonie znajdą się może imiona dwóch wulkanicznych bóstw, których zmagania zostały opisane w zawartej w "Niewinnym tygrysie" baśni, zatytułowanej "Mahameru i zakochany olbrzym". Zarówno tytułowy zazdrosny ojciec, jak i jego płomienny wróg- Bromo- znaleźli swe miejsce na kartach dzieła Knapperta. I nie tylko oni. Także taki wątpliwy moralnie typek jak Si Lunchai (wersja Knapperta) bądź Luntjai (w transkrypcji Stillera) został tam pokrótce opisany. I nie był to wcale koniec tego zderzenia książek, bo dalszy ciąg miał miejsce w poniedziałek, 04.07.2016... ale o tym prawdopodobnie już kiedy indziej.
A "Feniks" zyskuje nowe piórka.
Ale oczywiście opowieści "małego Aleksa, co był" nie kupiłem.
Za to nabyłem kompilatorskie w sumie dzieło Jana Knapperta "Mitologia Pacyfiku". Po otwarciu książki w autobusie zapragnąłem sprawdzić czy w tym leksykonie znajdą się może imiona dwóch wulkanicznych bóstw, których zmagania zostały opisane w zawartej w "Niewinnym tygrysie" baśni, zatytułowanej "Mahameru i zakochany olbrzym". Zarówno tytułowy zazdrosny ojciec, jak i jego płomienny wróg- Bromo- znaleźli swe miejsce na kartach dzieła Knapperta. I nie tylko oni. Także taki wątpliwy moralnie typek jak Si Lunchai (wersja Knapperta) bądź Luntjai (w transkrypcji Stillera) został tam pokrótce opisany. I nie był to wcale koniec tego zderzenia książek, bo dalszy ciąg miał miejsce w poniedziałek, 04.07.2016... ale o tym prawdopodobnie już kiedy indziej.
A "Feniks" zyskuje nowe piórka.
niedziela, 3 lipca 2016
niedziela, 26 czerwca 2016
niedziela, 19 czerwca 2016
niedziela, 12 czerwca 2016
Bieżąca dokumentacja i katalońskie echo.
Ubiegły poniedziałek: stoję sobie w kolejce do urzędu pocztowego. Ot, jeszcze jeden niezbędny wydatek do zrobienia. Na 4 istniejące okienka czynne tylko jedno, za nim zaś- najprawdopodobniej- praktykant, wykonujący nałożone nań obowiązki z prędkością żółwia, cierpiącego na zanik mięśni. Przypominało to niebezpiecznie obyczaje sprzed 1989 roku. Przede mną w kolejce Ktoś, komu zadedykowałem jakiś czas temu "Piątą porę roku" i jeszcze 2, bardzo pierwotne, jak oceniam to z perspektywy czasu, wytwory. Miałem więc z kim porozmawiać. Ale w pewnej chwili odwróciłem głowę w prawą stronę, jako że placówka Poczty Polskiej, którą tamtego dnia odwiedziłem, ma sympatyczny zwyczaj prowadzenia sprzedaży prasy i rozmaitych drobnych pozycji broszurkowo- książeczkowych. A drukowane słowo przecież zawsze mnie przyciąga. Patrzę zatem. Co to? Jakieś hełmy rycerskie? Nie! Ilustracja na okładce broszurki przedstawiała wyloty kominów na dachu Casa Mila w Barcelonie, minimalistyczny efekt geniuszu twórczego Antoniego Gaudiego i Cornet!
Znowu odebrałem to jako napomnienie: "Rób dalej to, co robiłeś do tej pory!"
>:-}
Subskrybuj:
Posty (Atom)