Po raz pierwszy spróbowałem wykorzystać gotowy surowiec (tj. tekturę falistą) przy opracowywaniu kształtu bryły czy też, jeśli używać terminologii związanej z ceramiką, czerepu. I co? I niesmak, bo okazało się, że powstają nieuniknione błędy znacznie większe, aniżeli po formowaniu z materiału nawarstwianego własnoręcznie. Dlatego też kolejna purchawka wyszła nieco koślawo i stąd słowo "wykrzywiony" w tytule. Ale jeśli chodzi o wzory i kolory, śmiem twierdzić, że wypadają całkiem harmonijnie...
czwartek, 31 maja 2012
wtorek, 29 maja 2012
Śmieciokwiatek.
Kolejna próbka techniczna w postaci paskudnego, płaskiego obrazka- tym razem chciałem sprawdzić, jak wyjdzie mi kolor, obwiedziony czarnym konturem. Prymitywne, jak nie wiem, co...
poniedziałek, 28 maja 2012
Drobiazg od dzikusa.
Uzupełnienie wczorajszego wpisu.
A tytuł dzisiejszego? Cóż, jak- być może- widać, "Pieśń pająka" to pierwszy z moich tworów, jaki pokryłem w całości czymś w rodzaju lakieru, stąd dodatkowy połysk i do pewnego stopnia intensyfikacja barwy. Najpierw jednak musiałem przekonać się czy taka powłoka nie rozpuści spoiwa, w związku z czym przeprowadziłem małe doświadczenie, tworząc paskudną, niedużą wyklejankę. Niestety nie wziąłem pod uwagę, że "podobrazie" pod wpływem wodnego roztworu polioctanu winylu i tego quasi-lakieru zacznie pracować (choć zrobiłem je z najsztywniejszego materiału, jaki miałem do dyspozycji) i wykrzywi się niczym najzwyklejszy papierek. Oto wynik:
A tytuł dzisiejszego? Cóż, jak- być może- widać, "Pieśń pająka" to pierwszy z moich tworów, jaki pokryłem w całości czymś w rodzaju lakieru, stąd dodatkowy połysk i do pewnego stopnia intensyfikacja barwy. Najpierw jednak musiałem przekonać się czy taka powłoka nie rozpuści spoiwa, w związku z czym przeprowadziłem małe doświadczenie, tworząc paskudną, niedużą wyklejankę. Niestety nie wziąłem pod uwagę, że "podobrazie" pod wpływem wodnego roztworu polioctanu winylu i tego quasi-lakieru zacznie pracować (choć zrobiłem je z najsztywniejszego materiału, jaki miałem do dyspozycji) i wykrzywi się niczym najzwyklejszy papierek. Oto wynik:
niedziela, 27 maja 2012
Pieśń pająka.
Na wstępie- poprawka z wczoraj: "Sen z domu wiedźmy" we właściwej, pionowej pozycji.
Pająki. Bardzo stare, jeśli chodzi o występowanie na Ziemi, stworzenia, często darzone przez gatunek homo sapiens strachem lub obrzydzeniem, aż do skrzywienia umysłowego, zwanego arachnofobią. Cóż, ludzie, jak spostrzegłem, bardzo nie lubią wszystkiego, co jest inne niż oni... a stworzonko, które ma ośmioro oczu i osiem łapek, rzeczywiście jest wyjątkowo odmienne od wyłysiałego dwunoga, uważającego się za istotę rozumną. Z punktu widzenia mojej prywatnej estetyki zaś?... Pająk krzyżak potrafi tworzyć wyrafinowaną, ażurową tkaninę, samica tego zwierzaka, wygrzewająca odwłok w promieniach wrześniowego słońca wygląda dość poczciwie, ale trudno nazwać tych tkaczy "ładnymi". Południowoamerykańskiego ptasznika nigdy nie widziałem osobiście, choć wiem, że ma uroczo wyglądające futerko (szczególnie te pasiaste, kolorowe "skarpetki" u ptaszników bodajże czerwonokolanowych). Kątnik jest szarobury, a oglądany w powiększeniu przypomina cokolwiek psa, zwanego buldogiem: ślepia bez wyrazu i przerośnięte nogogłaszczki. Ale...
Gdy jakiś czas temu prowadziłem doświadczenia nad rozkładem biomasy i siedziałem sobie, patrząc jak bulgocze gęsta, nieprzyjemnie pachnąca ciecz w odstojniku, poczułem delikatne dotknięcie na skórze prawej ręki. Spojrzałem. Siedział tam malutki pająk, może jakieś trzy milimetry długości, o przedziwnym ubarwieniu: cały w czarno- żółte paski, jakby próbował naśladować "stylem ubioru" osę. Posadziłem go ostrożnie na liściu rosnącej obok rośliny. Zwierzątko zaś wykonało długi, jak na swoje rozmiary, skok i ponownie wylądowało na mojej ręce. Znów go przetransportowałem. Znów mu się to nie spodobało i skoczył. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, zanim stawonóg dał za wygraną.
Prawdopodobnie odpowiadał mu zapach, wydzielany przez moją skórę albo ciepło, jakie wydzielała. Niemniej jednak pomyślałem sobie, że gdybym miał antropomorfizować, to uznałbym tego pająka za stworzenie o wesołym usposobieniu i skłonne do zabawy.
Później dowiedziałem się, że był to skakun.
Jeszcze później sprawdziłem w Internecie, jak wygląda w dużym powiększeniu.
http://www.terrarium.com.pl/zobacz/salticidae-skakuny-201.html
Nie miałem pojęcia, że stawonóg może mieć tak bogatą mimikę: ten pajęczak dosłownie robi miny! Zapewne antropomorfizuję, ale uważam, że potrafi się i uśmiechnąć, i podejrzliwie spojrzeć na boki, i przybrać wyraz pyszczka, mówiący: "ojej, a co to takiego?" bądź wykrzywić się w skardze: "głodno! zimno!" Sierść mało co różna od tej zdobiącej psy, zwane foksterierami. No i oczy- główna para z ośmiu: wielkie w proporcji do całego ciała, o pięknych kolorach.
Ludzie dość często hodują w swoich siedzibach drapieżne ssaki. Aż szkoda, że skakuny nie dorównują rozmiarami choćby ratlerkowi... aczkolwiek nie wiem czy dałoby się takiego bezkręgowca wziąć na smycz i wyprowadzić na spacer.
Wiem natomiast, że te zwierzęta porozumiewają się ze sobą, stukając jedną nogogłaszczką o drugą. Samuel Morse ze swoim alfabetem nie był pierwszy.
Muzyka to rytm, harmonia i melodia. Przynajmniej dwa z tych składników występują w "twórczości" pająków- mam tu na myśli zarówno porozumiewanie się, jak i tkactwo, uprawiane przez krzyżaki.
Czy ich sieci łowne nie stanowią czegoś w rodzaju mandali, szacownego symbolu całości Wszechświata?
Podczas jednego z moich polowań na treści drukowane wszedłem w posiadanie książki o wzorach, możliwych do uzyskania przy użyciu włóczki i szydełka. Także tych, zwanych "rozetkami", które też za mandale należałoby uznać. Musiałem, oczywiście, trochę je uprościć- mój surowiec jest trochę mniej plastyczny niż włóczka.
Oto wynik:
Pająki. Bardzo stare, jeśli chodzi o występowanie na Ziemi, stworzenia, często darzone przez gatunek homo sapiens strachem lub obrzydzeniem, aż do skrzywienia umysłowego, zwanego arachnofobią. Cóż, ludzie, jak spostrzegłem, bardzo nie lubią wszystkiego, co jest inne niż oni... a stworzonko, które ma ośmioro oczu i osiem łapek, rzeczywiście jest wyjątkowo odmienne od wyłysiałego dwunoga, uważającego się za istotę rozumną. Z punktu widzenia mojej prywatnej estetyki zaś?... Pająk krzyżak potrafi tworzyć wyrafinowaną, ażurową tkaninę, samica tego zwierzaka, wygrzewająca odwłok w promieniach wrześniowego słońca wygląda dość poczciwie, ale trudno nazwać tych tkaczy "ładnymi". Południowoamerykańskiego ptasznika nigdy nie widziałem osobiście, choć wiem, że ma uroczo wyglądające futerko (szczególnie te pasiaste, kolorowe "skarpetki" u ptaszników bodajże czerwonokolanowych). Kątnik jest szarobury, a oglądany w powiększeniu przypomina cokolwiek psa, zwanego buldogiem: ślepia bez wyrazu i przerośnięte nogogłaszczki. Ale...
Gdy jakiś czas temu prowadziłem doświadczenia nad rozkładem biomasy i siedziałem sobie, patrząc jak bulgocze gęsta, nieprzyjemnie pachnąca ciecz w odstojniku, poczułem delikatne dotknięcie na skórze prawej ręki. Spojrzałem. Siedział tam malutki pająk, może jakieś trzy milimetry długości, o przedziwnym ubarwieniu: cały w czarno- żółte paski, jakby próbował naśladować "stylem ubioru" osę. Posadziłem go ostrożnie na liściu rosnącej obok rośliny. Zwierzątko zaś wykonało długi, jak na swoje rozmiary, skok i ponownie wylądowało na mojej ręce. Znów go przetransportowałem. Znów mu się to nie spodobało i skoczył. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, zanim stawonóg dał za wygraną.
Prawdopodobnie odpowiadał mu zapach, wydzielany przez moją skórę albo ciepło, jakie wydzielała. Niemniej jednak pomyślałem sobie, że gdybym miał antropomorfizować, to uznałbym tego pająka za stworzenie o wesołym usposobieniu i skłonne do zabawy.
Później dowiedziałem się, że był to skakun.
Jeszcze później sprawdziłem w Internecie, jak wygląda w dużym powiększeniu.
http://www.terrarium.com.pl/zobacz/salticidae-skakuny-201.html
Nie miałem pojęcia, że stawonóg może mieć tak bogatą mimikę: ten pajęczak dosłownie robi miny! Zapewne antropomorfizuję, ale uważam, że potrafi się i uśmiechnąć, i podejrzliwie spojrzeć na boki, i przybrać wyraz pyszczka, mówiący: "ojej, a co to takiego?" bądź wykrzywić się w skardze: "głodno! zimno!" Sierść mało co różna od tej zdobiącej psy, zwane foksterierami. No i oczy- główna para z ośmiu: wielkie w proporcji do całego ciała, o pięknych kolorach.
Ludzie dość często hodują w swoich siedzibach drapieżne ssaki. Aż szkoda, że skakuny nie dorównują rozmiarami choćby ratlerkowi... aczkolwiek nie wiem czy dałoby się takiego bezkręgowca wziąć na smycz i wyprowadzić na spacer.
Wiem natomiast, że te zwierzęta porozumiewają się ze sobą, stukając jedną nogogłaszczką o drugą. Samuel Morse ze swoim alfabetem nie był pierwszy.
Muzyka to rytm, harmonia i melodia. Przynajmniej dwa z tych składników występują w "twórczości" pająków- mam tu na myśli zarówno porozumiewanie się, jak i tkactwo, uprawiane przez krzyżaki.
Czy ich sieci łowne nie stanowią czegoś w rodzaju mandali, szacownego symbolu całości Wszechświata?
Podczas jednego z moich polowań na treści drukowane wszedłem w posiadanie książki o wzorach, możliwych do uzyskania przy użyciu włóczki i szydełka. Także tych, zwanych "rozetkami", które też za mandale należałoby uznać. Musiałem, oczywiście, trochę je uprościć- mój surowiec jest trochę mniej plastyczny niż włóczka.
Oto wynik:
sobota, 26 maja 2012
Sen z domu wiedźmy.
Do dokonań prozatorskich Howarda P. Lovecrafta mam niejednoznaczny stosunek. Najpierw natknąłem się na jego nazwisko w "Słupie ognia" Raya Bradbury'ego, gdzie nieumarły bohater określał autora "Zagłady Sarnathu" epitetem "cudowny". Potem u Stanisława Lema znalazłem słowa nader krytycznie oceniające twórczość H. P. L. Następnie w "Przekroju" przeczytałem "Biały statek" i poczułem się niemile zaskoczony: a cóż to za egzystencjalne paskudztwo, gdzież tu jakakolwiek groza?! Dalej był już "Zew Cthulhu" z przedmową Marka Wydmucha i w tłumaczeniu Ryszardy Grzybowskiej (nazwiska kojarzące się z latającymi polipami i mieszkańcami Yuggoth, ale co ja biedny mogę poradzić?), co oznaczało niesmaku ciąg dalszy. Naiwna science-fiction z początku XX wieku, narracja żywcem wzięta ze słuchowisk radiowych (monolog w funkcji opisu, jak choćby w "Koszmarze z Dunwich"), drewniana proza, księgi, których tytuły nijak nie potrafiły wzbudzić we mnie żadnego odzewu emocjonalnego, a namiętne używanie przymiotników w rodzaju "bluźnierczy", "przerażający" i "kosmiczny" to chyba jednak nie jest właściwy sposób na przyprawienie czytelnika o metafizyczny dreszczyk.
Rozmachu wyobraźni odmówić Lovecraftowi nie można. Przyznaję. Tylko, że aby wzbudzić k_o_s_m_i_c_z_n_e przerażenie u odbiorcy, potrzeba k_o_s_m_i_c_z_n_e_g_o talentu... a tego jakby mieszkańcowi Providence trochę zabrakło.
Najharmonijniej chyba jego pomysły sprawdzają się w produkcjach filmowych, w których da się przy użyciu efektów specjalnych wzbudzić u co wrażliwszych odbiorców uczucie nie tyle grozy, lecz raczej obrzydzenia. Ot, choćby "Obcy. 8 pasażer >>Nostromo<<", według Kinga "czysty Lovecraft w przestrzeni kosmicznej" czy "Coś" Carpentera, w którym to widowisku pokazano przynajmniej śluzowatość, mackowatość i spustoszenia, jakich potrafił narobić odmrożony, zmiennokształtny pilot obcego statku... skądinąd miejsce akcji tego filmu i parę szczegółów przywodzi na myśl "W górach szaleństwa".
Starsze Istoty. Rozumne stworzenia, odznaczające się pięciopromienistą symetrią ciała. Prawdopodobnie bezkręgowe. Z ziemskich zwierząt umiarkowanym podobieństwem do tych przybyszów odznacza się strzykwa (Holothuria edulis). Produkt ewolucji szkarłupni? A czemu nie? Pozwolę sobie jednak powtórzyć, że dla mnie nie ma w tym nic z horroru, rzecz pozostawia posmak słabej fantastyki naukowej z potężną ilością dłużyzn.
Montague Rhodes James poradziłby z tym sobie dużo harmonijniej. Ostatecznie sługa hrabiego Magnusa de la Gardie czy strażnik skarbu opata Tomasza to typowo Lovecraftowskie, mackowate stworzenia, ale o ileż zręczniej przedstawione i wykorzystane przez autora! Dodam, że ani razu u M. R. J. nie natknąłem się na bełkot, którym H. P. L. usiłował wzmocnić nastrój grozy: "s'd... wqwsh...iykltrn Cthulhu... nggg...shlll...".
Ale do rzeczy. Walter Gilman, ten nieszczęsny adept nauk ścisłych, któremu w końcu Brązowy Jenkin wygryzł to i owo, podczas swych wizji w domu starej Kezii Mason widział Starsze Istoty, będące w pełni sił. I opisane jakby bardziej przekonująco, aniżeli na kartach "W górach szaleństwa". Zainspirowało mnie to z lekka.
Oto wyniki:
Rozmachu wyobraźni odmówić Lovecraftowi nie można. Przyznaję. Tylko, że aby wzbudzić k_o_s_m_i_c_z_n_e przerażenie u odbiorcy, potrzeba k_o_s_m_i_c_z_n_e_g_o talentu... a tego jakby mieszkańcowi Providence trochę zabrakło.
Najharmonijniej chyba jego pomysły sprawdzają się w produkcjach filmowych, w których da się przy użyciu efektów specjalnych wzbudzić u co wrażliwszych odbiorców uczucie nie tyle grozy, lecz raczej obrzydzenia. Ot, choćby "Obcy. 8 pasażer >>Nostromo<<", według Kinga "czysty Lovecraft w przestrzeni kosmicznej" czy "Coś" Carpentera, w którym to widowisku pokazano przynajmniej śluzowatość, mackowatość i spustoszenia, jakich potrafił narobić odmrożony, zmiennokształtny pilot obcego statku... skądinąd miejsce akcji tego filmu i parę szczegółów przywodzi na myśl "W górach szaleństwa".
Starsze Istoty. Rozumne stworzenia, odznaczające się pięciopromienistą symetrią ciała. Prawdopodobnie bezkręgowe. Z ziemskich zwierząt umiarkowanym podobieństwem do tych przybyszów odznacza się strzykwa (Holothuria edulis). Produkt ewolucji szkarłupni? A czemu nie? Pozwolę sobie jednak powtórzyć, że dla mnie nie ma w tym nic z horroru, rzecz pozostawia posmak słabej fantastyki naukowej z potężną ilością dłużyzn.
Montague Rhodes James poradziłby z tym sobie dużo harmonijniej. Ostatecznie sługa hrabiego Magnusa de la Gardie czy strażnik skarbu opata Tomasza to typowo Lovecraftowskie, mackowate stworzenia, ale o ileż zręczniej przedstawione i wykorzystane przez autora! Dodam, że ani razu u M. R. J. nie natknąłem się na bełkot, którym H. P. L. usiłował wzmocnić nastrój grozy: "s'd... wqwsh...iykltrn Cthulhu... nggg...shlll...".
Ale do rzeczy. Walter Gilman, ten nieszczęsny adept nauk ścisłych, któremu w końcu Brązowy Jenkin wygryzł to i owo, podczas swych wizji w domu starej Kezii Mason widział Starsze Istoty, będące w pełni sił. I opisane jakby bardziej przekonująco, aniżeli na kartach "W górach szaleństwa". Zainspirowało mnie to z lekka.
Oto wyniki:
czwartek, 24 maja 2012
Znak?
Ponieważ ukończyłem dziś działania, związane z pracą zarobkową, mocno przed południem, postanowiłem podjąć kolejną wyprawę w ramach akcji, którą nazwałem nieco megalomańsko "Niedużą Ofensywą Wiosenną". Sęk w tym, że w wyniku pożałowania godnego splotu wypadków nauczyłem się czytać grubo przed rozpoczęciem "nauki" szkolnej, gdy ciało, z którego obecnie korzystam, liczyło sobie około czterech lat. Co i rusz zadawałem wówczas pytanie: "jaka to literka?", aż w końcu- było to w kuchni- stojąc obok taboretu , nad którego blat wystawała mi tylko głowa i spoglądając na rozłożoną na nim, nieaktualną gazetę, stwierdziłem, że rozumiem, co jest na tym brudnobiałym papierze wydrukowane. Tak zaczęło się moje nieszczęsne uzależnienie od słowa powielonego mechanicznie. Obecnie, niestety, nowe książki kosztują... całkiem sporo, niedawno odkryłem np. pozycję, która bardzo by mi się przydała, traktującą o sztukach pięknych w okresie secesji. Cóż, kiedy jej cena wynosiła 160 PLN, kwotę, za którą mógłbym zaopatrzyć się w pożywienie dla ciała na trzy dni! A głód narkotyczny, wiadomo, potrafi dokuczyć.
Co z tym zrobić?
W 2007 roku, podczas "kryzysu Zielonej Mili", zacząłem korzystać z biblioteki publicznej, położonej o parę kroków od miejsca pracy. Zauważyłem wówczas, że obok wejścia znajduje się tam półeczka, opatrzona tabliczką z napisem "Dary dla czytelników". Drukowane słowo za darmo? Hurra! Zawartość biblioteki- ta, która była dla mnie interesująca- wyczerpała się w dwa lata, ale nadal regularnie tam chodzę w nadziei znalezienia na tej półeczce jakiejkolwiek zdobyczy. Mól książkowy? Stanowczo nie- raczej sęp, jeśli wziąć pod uwagę wygląd zewnętrzny. Nie powiem, powiększyłem dzięki temu swój księgozbiór o całkiem sporo pozycji, po które w innym wypadku nawet bym nie sięgnął... ba, wręcz nie wiedziałbym, że one istnieją!
Tylko, że głodu nie da się zaspokoić na stałe.
Ostatnio zaś aż za często wita mnie tam widok pustej półki.
Niemniej jednak dopadłem tam niedawno skrawka papieru, zawierającego adresy innych bibliotek publicznych w dzielnicy miasta, w której pracuję zarobkowo. Pomyślałem więc, że można by sprawdzić czy i w tych placówkach nie dałoby się znaleźć takich półeczek z, powiedzmy, informacyjną padliną.
Do tej pory odkryłem dwa takie miejsca. Zawszeć to jakaś pociecha, choć po odkryciu ich nie odwiedziłem. A i muszę przyznać, że niewesoło z tymi bibliotekami publicznymi- mało miejsca, księgozbiory też dosyć skromne, całkiem sporo z nich znalazłem też nieczynnymi.
(Jeśli zastosować metodę percepcji Filipa K. Dicka, to zachodzi obawa, iż mamy tu do czynienia z planowym odmóżdżaniem obywateli kraju, który może i jest Polską, ale jako państwo dla mnie miano Wolski nosi. Wszelkich pseudopatriotów nie mam zamiaru przepraszać za powyższe stwierdzenie- jeśli jest dla nich oburzające, to znaczy, że ich też już odmóżdżono.)
Ten właśnie ciąg poszukiwań nazwałem "Niedużą Ofensywą Wiosenną".
Ruszyłem więc w to rozsłonecznione przedpołudnie, drogą wiodącą wzdłuż niewidzialnej dla mnie rzeki, chwytając w nozdrza wszelkie zapachy, jakie tylko mogłem wyłapać z powietrza. Spalin samochodowych- w sumie niewiele, wonie industrialne też zanadto się nie wnęcały, nad wszystkim niemalże dominował słodko- gorzkawy wyziew, produkowany przez wciąż jeszcze nie w pełni rozwinięte liście na drzewach. Zapach właściwy obecnej porze roku, zatem harmonijny... i tylko w kilku miejscach ta olfaktoryczna melodia a la Vivaldi została raptownie przerwana przez fetor, wydobywający się z pozatykanych wszelkim paskudztwem studzienek kanalizacyjnych. Ha, najwyraźniej pieniądze na niepotrzebne nikomu imprezy pseudosportowe są, ale na przeczyszczenie odpływów już ich nie ma.
Biblioteka okazała się zamknięta.
Trudno. Ale nie odszedłem stamtąd bez zdobyczy. Na ohydnie wysmarowanej farbą w aerozolu przez miejscowych kretynów klatce schodowej, we wnęce pod kaloryferem, leżało sobie parę broszurek reklamowych. "Hebe". Podtytuł: "Health & Beauty". Doceniam tę grę słów, odwołującą się do mitologii Hellady.
A taki druczek reklamowy to przecież i coś, co można przeczytać, i później wykorzystać jako surowiec.
Potężnym kichnięciem- pyłki traw nie próżnowały- zainaugurowałem drogę powrotną. W drodze na przystanek autobusowy, wciąż bacznie śledząc otoczenie, zahaczyłem kątem pola widzenia o tekturową wywieszkę na ścianie jednego z domów.
"Kwiaciarnia >>Gaudi<< zaprasza!"
Ślepia stanęły mi w słup. Więcej. Niemalże zobaczyłem w wyobraźni uśmiechniętą twarz siwobrodego ascety z Katalonii i to, jak przyjaźnie skinął mi głową. Przecież o Antonim Gaudim i Cornet nie dalej jak przedwczoraj pisałem w tym dzienniku!
Oczywiście podyrdałem czym prędzej do tej kwiaciarni, chcąc sprawdzić czy jej tak zacne miano odzwierciedla się choć trochę w sprzedawanym tam towarze... ale okazała się również zamknięta. Chociaż muszę przyznać, że jedna z roślin na wystawie budziła swymi kształtami i barwami skojarzenia z willą "El Capricho".
Jadąc już nieco później autobusem, zauważyłem tzw. billboard, na którym głupio wyglądająca, pluszowa (chyba) małpa prezentowała swe wątpliwe wdzięki, mając za tło... La Sagrada Familia! Napis pod spodem głosił: "Goryl Śnieżek w Barcelonie". Nie wiem, co to ma być i nie obchodzi mnie to. Natomiast fakt zaistnienia dwóch powyżej opisanych zbiegów okoliczności (?), związanych z jedną i tą samą osobą architekta- czarodzieja, uważam za nadzwyczaj istotny.
Znak?
Być może.
Interpretacja?
Nigdy nie można mieć pewności, ale chciałbym wierzyć, że było to przetłumaczone z języka katalońskiego na symboliczny zdanie o brzmieniu: "rób dalej to, co robisz."
Aczkolwiek wiem też, że zbyt intensywna wiara w znaki potrafi wydać stanowczo niestrawne owoce...
Co z tym zrobić?
W 2007 roku, podczas "kryzysu Zielonej Mili", zacząłem korzystać z biblioteki publicznej, położonej o parę kroków od miejsca pracy. Zauważyłem wówczas, że obok wejścia znajduje się tam półeczka, opatrzona tabliczką z napisem "Dary dla czytelników". Drukowane słowo za darmo? Hurra! Zawartość biblioteki- ta, która była dla mnie interesująca- wyczerpała się w dwa lata, ale nadal regularnie tam chodzę w nadziei znalezienia na tej półeczce jakiejkolwiek zdobyczy. Mól książkowy? Stanowczo nie- raczej sęp, jeśli wziąć pod uwagę wygląd zewnętrzny. Nie powiem, powiększyłem dzięki temu swój księgozbiór o całkiem sporo pozycji, po które w innym wypadku nawet bym nie sięgnął... ba, wręcz nie wiedziałbym, że one istnieją!
Tylko, że głodu nie da się zaspokoić na stałe.
Ostatnio zaś aż za często wita mnie tam widok pustej półki.
Niemniej jednak dopadłem tam niedawno skrawka papieru, zawierającego adresy innych bibliotek publicznych w dzielnicy miasta, w której pracuję zarobkowo. Pomyślałem więc, że można by sprawdzić czy i w tych placówkach nie dałoby się znaleźć takich półeczek z, powiedzmy, informacyjną padliną.
Do tej pory odkryłem dwa takie miejsca. Zawszeć to jakaś pociecha, choć po odkryciu ich nie odwiedziłem. A i muszę przyznać, że niewesoło z tymi bibliotekami publicznymi- mało miejsca, księgozbiory też dosyć skromne, całkiem sporo z nich znalazłem też nieczynnymi.
(Jeśli zastosować metodę percepcji Filipa K. Dicka, to zachodzi obawa, iż mamy tu do czynienia z planowym odmóżdżaniem obywateli kraju, który może i jest Polską, ale jako państwo dla mnie miano Wolski nosi. Wszelkich pseudopatriotów nie mam zamiaru przepraszać za powyższe stwierdzenie- jeśli jest dla nich oburzające, to znaczy, że ich też już odmóżdżono.)
Ten właśnie ciąg poszukiwań nazwałem "Niedużą Ofensywą Wiosenną".
Ruszyłem więc w to rozsłonecznione przedpołudnie, drogą wiodącą wzdłuż niewidzialnej dla mnie rzeki, chwytając w nozdrza wszelkie zapachy, jakie tylko mogłem wyłapać z powietrza. Spalin samochodowych- w sumie niewiele, wonie industrialne też zanadto się nie wnęcały, nad wszystkim niemalże dominował słodko- gorzkawy wyziew, produkowany przez wciąż jeszcze nie w pełni rozwinięte liście na drzewach. Zapach właściwy obecnej porze roku, zatem harmonijny... i tylko w kilku miejscach ta olfaktoryczna melodia a la Vivaldi została raptownie przerwana przez fetor, wydobywający się z pozatykanych wszelkim paskudztwem studzienek kanalizacyjnych. Ha, najwyraźniej pieniądze na niepotrzebne nikomu imprezy pseudosportowe są, ale na przeczyszczenie odpływów już ich nie ma.
Biblioteka okazała się zamknięta.
Trudno. Ale nie odszedłem stamtąd bez zdobyczy. Na ohydnie wysmarowanej farbą w aerozolu przez miejscowych kretynów klatce schodowej, we wnęce pod kaloryferem, leżało sobie parę broszurek reklamowych. "Hebe". Podtytuł: "Health & Beauty". Doceniam tę grę słów, odwołującą się do mitologii Hellady.
A taki druczek reklamowy to przecież i coś, co można przeczytać, i później wykorzystać jako surowiec.
Potężnym kichnięciem- pyłki traw nie próżnowały- zainaugurowałem drogę powrotną. W drodze na przystanek autobusowy, wciąż bacznie śledząc otoczenie, zahaczyłem kątem pola widzenia o tekturową wywieszkę na ścianie jednego z domów.
"Kwiaciarnia >>Gaudi<< zaprasza!"
Ślepia stanęły mi w słup. Więcej. Niemalże zobaczyłem w wyobraźni uśmiechniętą twarz siwobrodego ascety z Katalonii i to, jak przyjaźnie skinął mi głową. Przecież o Antonim Gaudim i Cornet nie dalej jak przedwczoraj pisałem w tym dzienniku!
Oczywiście podyrdałem czym prędzej do tej kwiaciarni, chcąc sprawdzić czy jej tak zacne miano odzwierciedla się choć trochę w sprzedawanym tam towarze... ale okazała się również zamknięta. Chociaż muszę przyznać, że jedna z roślin na wystawie budziła swymi kształtami i barwami skojarzenia z willą "El Capricho".
Jadąc już nieco później autobusem, zauważyłem tzw. billboard, na którym głupio wyglądająca, pluszowa (chyba) małpa prezentowała swe wątpliwe wdzięki, mając za tło... La Sagrada Familia! Napis pod spodem głosił: "Goryl Śnieżek w Barcelonie". Nie wiem, co to ma być i nie obchodzi mnie to. Natomiast fakt zaistnienia dwóch powyżej opisanych zbiegów okoliczności (?), związanych z jedną i tą samą osobą architekta- czarodzieja, uważam za nadzwyczaj istotny.
Znak?
Być może.
Interpretacja?
Nigdy nie można mieć pewności, ale chciałbym wierzyć, że było to przetłumaczone z języka katalońskiego na symboliczny zdanie o brzmieniu: "rób dalej to, co robisz."
Aczkolwiek wiem też, że zbyt intensywna wiara w znaki potrafi wydać stanowczo niestrawne owoce...
środa, 23 maja 2012
Poszukiwanie równowagi.
Po zakończeniu "snu nocy letniej", a nie było ono zbyt przyjemne, choć zyskałem dzięki temu trochę wiedzy- smakowała jak lekarstwo przyrządzone przez purytan, "skoro jest takie gorzkie, to musi być skuteczne"- przyłożyłem się jeszcze bardziej do swoich purchawek. Czy była to ucieczka? Chyba jednak nie: po prostu odkrywałem coraz więcej możliwości, ukrytych w skromnym surowcu wtórnym i chciałem je wykorzystać. Oczywiście to, co powstało zimą 2009, nosi tytuł identyczny jak niniejszy wpis.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

