Zastanawiałem się nad tym, co łączy "Rorka" i "Mroczną Wieżę" oprócz, ma się rozumieć, osoby Berniego Wrightsona. I widzę, że tych punktów stycznych jest więcej.
Rork. Mężczyzna, wyglądający na 30 lat, choć ma ich ponad 300.
Ostatni z rewolwerowców Gileadu- bagatela, około 1000 lat w wyniku działania zjawiska, które nazwałbym rozmiękczeniem czasu.
Obaj potrafią dokonać przejścia międzywymiarowego, choć u Rorka to umiejętność wyuczona, zaś bohater epopei Kinga musi liczyć na sprzyjające warunki czasoprzestrzenne. Lub pomoc osób trzecich, takich, jak choćby członkowie wspólnoty Mannich.
Dahmaloch, ubrany w czerwień mężczyzna o wyrastających z głowy przedziwnych przydatkach, mogących się kojarzyć zarówno z owadzimi czułkami, jak i z rogami. Ponoć demon, ale nie było mi dane tego sprawdzić.
Karmazynowy Król. Inne imię kogoś, kto znany jest też jako Władca Much- Baal ze'Bub.
Karmazyn to jeden z wielu odcieni koloru czerwonego.
Walter O'Dim = Pharass?!
I dlaczego jedna z czcionek internetowych, jakimi mógłbym prowadzić te notatki, nazywa się "Walter Turncoat"? (O czym przekonałem się przed dosłownie chwilą.) Czyli po polsku "Walter Zdrajca"? A przyznaję, że to określenie pasuje do mężczyzny w czerni z siedmioksięgu Kinga jak ulał.
Wystarczy. Bo zaraz dociągnę do Gualterio Malatesty z "Przygód kapitana Alatriste" Artura Pereza Reverte i niejakiego Karola Świerczewskiego. A co za dużo, to ponoć niezdrowo...
wtorek, 11 września 2012
poniedziałek, 10 września 2012
Niezbyt zachwycająca wycieczka.
Ostatnio po Sieci krąży- a i pojawia się jako darmowy program rozrywkowy, dołączany do czasopism ("lub czasopism", chciałoby się rzec, mając wokół siebie Wolskę)- coś, zatytułowane "Slender". Gra, określana dość powszechnie jako "przerażająca".
Musiałem spróbować.
Po mniej więcej 90 sekundach skonstatowałem u siebie silny atak ziewania. Program wylądował w ekranowym koszu na śmieci, po czym uległ wykasowaniu.
Dlaczego?
Po pierwsze: gracz jest z góry ustawiony przez twórcę na przegranej pozycji. Latarkę się ma, owszem, ale baterie szybko ulegają wyczerpaniu. Gdy się ją wyłączy, znalezienie paru świstków papieru, stanowiące cel gry, staje się praktycznie niemożliwe. Podobnie jak przywalenie tą latarką "Slendermanowi" w krtań, splot słoneczny, podbrzusze albo inne czułe miejsce.
Po drugie: niezmierny prymitywizm środków oddziaływania na odbiorcę, zwany przez źródła sieciowe i prasowe eufemistycznie "minimalizmem". Wszechobecny brak światła, nagłe, kakofoniczne dźwięki, no i ta "twarz" głównego tudzież jedynego adwersarza, niemal gładka, bez rysów. Czyżby stary, poczciwy, japoński upiorek, zwany Mujina, opisany przez Lafcadio Hearna, zaliczył swój "comeback"? Owszem, miło spotkać starego znajomka z "Kwaidanu", ale żeby było w tym coś przerażającego? Kiedy kilka lat temu pojawiła się gra "Necronomicon" na motywach prozy Lovecrafta, usiłująca wywołać reakcję emocjonalno- estetyczną odbiorcy bardzo zbliżonymi środkami, nie zebrała zbyt pochlebnych ocen. Skąd więc ten obecny aplauz dla bardzo prostego i nudnego programu?
Owce Panurga?!
Po trzecie: znów daje znać o sobie dziecięca choroba gier wideo, aksjomat przyjęty na wstępie przez twórcę bądź twórców. "Osiągniesz cel gry w sposób przewidziany przez nas albo nie osiągniesz go wcale." Czyli, w moim i "Slendera" przypadku: "zapomnij, że siedzisz przed monitorem LCD, zapomnij, że uprawiasz niewygodne sterowanie z klawiatury, zaakceptuj proponowany ci absurd, a wtedy coś tam przeżyjesz."
Najwyraźniej to nie dla mnie.
Jak w ogóle można się bać, będąc odbiorcą gry wideo?!
Musiałem spróbować.
Po mniej więcej 90 sekundach skonstatowałem u siebie silny atak ziewania. Program wylądował w ekranowym koszu na śmieci, po czym uległ wykasowaniu.
Dlaczego?
Po pierwsze: gracz jest z góry ustawiony przez twórcę na przegranej pozycji. Latarkę się ma, owszem, ale baterie szybko ulegają wyczerpaniu. Gdy się ją wyłączy, znalezienie paru świstków papieru, stanowiące cel gry, staje się praktycznie niemożliwe. Podobnie jak przywalenie tą latarką "Slendermanowi" w krtań, splot słoneczny, podbrzusze albo inne czułe miejsce.
Po drugie: niezmierny prymitywizm środków oddziaływania na odbiorcę, zwany przez źródła sieciowe i prasowe eufemistycznie "minimalizmem". Wszechobecny brak światła, nagłe, kakofoniczne dźwięki, no i ta "twarz" głównego tudzież jedynego adwersarza, niemal gładka, bez rysów. Czyżby stary, poczciwy, japoński upiorek, zwany Mujina, opisany przez Lafcadio Hearna, zaliczył swój "comeback"? Owszem, miło spotkać starego znajomka z "Kwaidanu", ale żeby było w tym coś przerażającego? Kiedy kilka lat temu pojawiła się gra "Necronomicon" na motywach prozy Lovecrafta, usiłująca wywołać reakcję emocjonalno- estetyczną odbiorcy bardzo zbliżonymi środkami, nie zebrała zbyt pochlebnych ocen. Skąd więc ten obecny aplauz dla bardzo prostego i nudnego programu?
Owce Panurga?!
Po trzecie: znów daje znać o sobie dziecięca choroba gier wideo, aksjomat przyjęty na wstępie przez twórcę bądź twórców. "Osiągniesz cel gry w sposób przewidziany przez nas albo nie osiągniesz go wcale." Czyli, w moim i "Slendera" przypadku: "zapomnij, że siedzisz przed monitorem LCD, zapomnij, że uprawiasz niewygodne sterowanie z klawiatury, zaakceptuj proponowany ci absurd, a wtedy coś tam przeżyjesz."
Najwyraźniej to nie dla mnie.
Jak w ogóle można się bać, będąc odbiorcą gry wideo?!
niedziela, 9 września 2012
Rzadki wypadek zniesmaczenia.
Nieczęsto zdarza mi się oglądać filmy. Kino kosztuje, wymaga dojazdu na miejsce, a i nie ma się gwarancji, że doznania w trakcie seansu zrównoważą poczucie straty finansowej, poniesionej na coś, po czym nie pozostaje nic trwałego ani konkretnego. Już nie wspomnę o tym, że pojawienie się na widowni osobnika, korzystającego ze zdobyczy współczesnej elektroniki użytkowej, potrafi skutecznie zaburzyć odbiór tego, co widać na ekranie i słychać z głośników.
Telewizja? Tutaj z kolei typa z telefonem przenośnym czy inną zabawką znakomicie zastępują trwające po piętnaście minut złogi zachwalania produktów, których nie potrzebuję/ na które mnie nie stać. Dodać też muszę, że po tym, jak poznałem uroki gier wideo, uwiera mnie konieczność biernego odbioru dzieła. I dłużyzny, których nijak nie da się "przeklikać".
Aliści wczoraj spróbowałem coś jednak obejrzeć, jako że widowisko oparte było o utwór Irvinga, a jest to nazwisko, które natychmiast kojarzy mi się z takim tytułem, jak choćby "Upiorny narzeczony". Klasyka, tak, jak Poe, Hawthorne czy- z nieco młodszych- Bierce (ha, ha, "Słup ognia" Bradbury'ego się kłania). Mimo poszukiwań bibliotecznych jednak nie udało mi się sprawdzić, co naprawdę zaszło w Sleepy Hollow. Poznałem jedynie pastisz autorstwa Borysa Akunina z niezrównanym Erastem Pietrowiczem Fandorinem w roli głównej. Może więc chociaż film?
Co prawda próba obejrzenia "Sweeneya Todda, demonicznego golibrody z Fleet Street" zakończyła się dla mnie wyłączeniem telewizora po upływie jakiejś 1/3 widowiska- nie dorastało ono do pięt ekranizacji tej samej historii, w której tytułowego bohatera zagrał Ben Kingsley. Przewrotne to było, nie powiem, zatrudnić do roli seryjnego zabójcy aktora o tak dobrotliwej twarzy i malującej się w oczach figlarności... podczas gdy Depp, grając mistrza brzytwy po przejściach, koncentrował się głównie na robieniu- zapewne złowieszczych w zamyśle- grymasów, że o absolutnie nie wpadających w ucho songach już nie wspomnę.
A przecie "Sleepy Hollow" reżyserował też Tymoteusz Burton, zaś jako Ichabod Crane takoż wystąpił tam aktor, pamiętny dla mnie z "Edwarda Nożycorękiego".
Byłem więc trochę uprzedzony.
Niemniej jednak, gdy zerknąłem sobie profilaktycznie w Sieć na listę płac tego filmu, ochnąłem. Same sławy aktorskie! Landau! Lee! Gambon! Gough! No i artysta, który potrafi uczynić dzieło sztuki niemal z każdego filmu, w jakim zagra, mężczyzna o twarzy udręczonego anioła, specjalista od niejednoznacznych postaci- Walken!!
Ale nawet on nie był w stanie uratować tego filmu Burtona przed klęską, której świadkiem się stałem. Odnoszę też wrażenie, że nie miał wielkich kłopotów z opanowaniem kwestii, jako że w gruncie rzeczy wypowiadał tylko dwie: "Hooo!" i "Haaa!"
Skąd ta klapa?
Film był w moim odczuciu ciągiem wysmakowanych plastycznie, urokliwych, ale z natury statycznych obrazów, którym brakło połączenia w logiczną, narracyjną całość. "Nawrócenie" Crane'a z oświeceniowego racjonalizmu na mniej ograniczone poglądy- jakoś mało przekonujące, nieprawdopodobne i pokazane bardziej jako słowa niż autentyczny proces. Depp, wtedy jeszcze młodzieniec o ciut lalkowatej urodzie, co pięć minut krzywił swą przystojną twarz w wyrażających niesmak minach, zaś przeciętnie co kwadrans grany przezeń bohater tracił przytomność z nadmiaru emocji. Jak na nowojorskiego policjanta, niechby i z 1799 roku, taka wrażliwość wydaje się dyskwalifikująca zawodowo.
Nie wiem czy w anglojęzycznym oryginale kwestie Crane'a i van Tasselówny były też tak sztucznie teatralne, jak w polskim tłumaczeniu- lektor zagłuszał głosy aktorów.
Od czasu do czasu reżyser usiłował nadać wydarzeniom na ekranie tempo, właściwe teledyskom (wideoklipom?). W zderzeniu z wcześniejszą, nieśpieszną narracją dawało to efekt paskudnej dysharmonii.
I jeszcze jedno. Walken zagrał wojownika rodem z Hesji. Nie piszę "najemnika" ani "żołnierza", boć powiedziano, że nie walczył dla zysku, a jedynie z pragnienia walki, posługiwał się zaś bronią, tchnącą średniowieczem- na me oko był to miecz półtoraręczny. Coś jakby niemiecki bratni duch Longinusa Podbipięty herbu Zerwikaptur z "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza. Otóż ten zacny Ritter za życia miał zęby spiłowane na spiczasto. ("Jak kanibal"- chciałoby się dodać, mając w pamięci "Drogowy wirus zmierza na północ" Kinga, che, che.) Ale gdy Ichabod Crane zwraca nieszczęsnemu Soeldnerowi należącą do biedaka czaszkę, jej "klawiatura" jest najzupełniej zwyczajna, bez śladu nijakich spiłowań, bez żadnych spiczastości w byłej jamie ustnej! Dopiero po tym, gdy naga kość porosła w mięśnie, nerwy, naczynia krwionośne i limfatyczne, błony, powięzi, a na końcu w skórę, uśmiech, pojawiający się na twarzy heskiego Schwertmeistera, obnażył znowu dwa rzędy trójkątów.
Nielogiczność, która moim skromnym zdaniem ukatrupiła cały film.
Szkoda, że zamiast tego nie wybrałem snu.
Telewizja? Tutaj z kolei typa z telefonem przenośnym czy inną zabawką znakomicie zastępują trwające po piętnaście minut złogi zachwalania produktów, których nie potrzebuję/ na które mnie nie stać. Dodać też muszę, że po tym, jak poznałem uroki gier wideo, uwiera mnie konieczność biernego odbioru dzieła. I dłużyzny, których nijak nie da się "przeklikać".
Aliści wczoraj spróbowałem coś jednak obejrzeć, jako że widowisko oparte było o utwór Irvinga, a jest to nazwisko, które natychmiast kojarzy mi się z takim tytułem, jak choćby "Upiorny narzeczony". Klasyka, tak, jak Poe, Hawthorne czy- z nieco młodszych- Bierce (ha, ha, "Słup ognia" Bradbury'ego się kłania). Mimo poszukiwań bibliotecznych jednak nie udało mi się sprawdzić, co naprawdę zaszło w Sleepy Hollow. Poznałem jedynie pastisz autorstwa Borysa Akunina z niezrównanym Erastem Pietrowiczem Fandorinem w roli głównej. Może więc chociaż film?
Co prawda próba obejrzenia "Sweeneya Todda, demonicznego golibrody z Fleet Street" zakończyła się dla mnie wyłączeniem telewizora po upływie jakiejś 1/3 widowiska- nie dorastało ono do pięt ekranizacji tej samej historii, w której tytułowego bohatera zagrał Ben Kingsley. Przewrotne to było, nie powiem, zatrudnić do roli seryjnego zabójcy aktora o tak dobrotliwej twarzy i malującej się w oczach figlarności... podczas gdy Depp, grając mistrza brzytwy po przejściach, koncentrował się głównie na robieniu- zapewne złowieszczych w zamyśle- grymasów, że o absolutnie nie wpadających w ucho songach już nie wspomnę.
A przecie "Sleepy Hollow" reżyserował też Tymoteusz Burton, zaś jako Ichabod Crane takoż wystąpił tam aktor, pamiętny dla mnie z "Edwarda Nożycorękiego".
Byłem więc trochę uprzedzony.
Niemniej jednak, gdy zerknąłem sobie profilaktycznie w Sieć na listę płac tego filmu, ochnąłem. Same sławy aktorskie! Landau! Lee! Gambon! Gough! No i artysta, który potrafi uczynić dzieło sztuki niemal z każdego filmu, w jakim zagra, mężczyzna o twarzy udręczonego anioła, specjalista od niejednoznacznych postaci- Walken!!
Ale nawet on nie był w stanie uratować tego filmu Burtona przed klęską, której świadkiem się stałem. Odnoszę też wrażenie, że nie miał wielkich kłopotów z opanowaniem kwestii, jako że w gruncie rzeczy wypowiadał tylko dwie: "Hooo!" i "Haaa!"
Skąd ta klapa?
Film był w moim odczuciu ciągiem wysmakowanych plastycznie, urokliwych, ale z natury statycznych obrazów, którym brakło połączenia w logiczną, narracyjną całość. "Nawrócenie" Crane'a z oświeceniowego racjonalizmu na mniej ograniczone poglądy- jakoś mało przekonujące, nieprawdopodobne i pokazane bardziej jako słowa niż autentyczny proces. Depp, wtedy jeszcze młodzieniec o ciut lalkowatej urodzie, co pięć minut krzywił swą przystojną twarz w wyrażających niesmak minach, zaś przeciętnie co kwadrans grany przezeń bohater tracił przytomność z nadmiaru emocji. Jak na nowojorskiego policjanta, niechby i z 1799 roku, taka wrażliwość wydaje się dyskwalifikująca zawodowo.
Nie wiem czy w anglojęzycznym oryginale kwestie Crane'a i van Tasselówny były też tak sztucznie teatralne, jak w polskim tłumaczeniu- lektor zagłuszał głosy aktorów.
Od czasu do czasu reżyser usiłował nadać wydarzeniom na ekranie tempo, właściwe teledyskom (wideoklipom?). W zderzeniu z wcześniejszą, nieśpieszną narracją dawało to efekt paskudnej dysharmonii.
I jeszcze jedno. Walken zagrał wojownika rodem z Hesji. Nie piszę "najemnika" ani "żołnierza", boć powiedziano, że nie walczył dla zysku, a jedynie z pragnienia walki, posługiwał się zaś bronią, tchnącą średniowieczem- na me oko był to miecz półtoraręczny. Coś jakby niemiecki bratni duch Longinusa Podbipięty herbu Zerwikaptur z "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza. Otóż ten zacny Ritter za życia miał zęby spiłowane na spiczasto. ("Jak kanibal"- chciałoby się dodać, mając w pamięci "Drogowy wirus zmierza na północ" Kinga, che, che.) Ale gdy Ichabod Crane zwraca nieszczęsnemu Soeldnerowi należącą do biedaka czaszkę, jej "klawiatura" jest najzupełniej zwyczajna, bez śladu nijakich spiłowań, bez żadnych spiczastości w byłej jamie ustnej! Dopiero po tym, gdy naga kość porosła w mięśnie, nerwy, naczynia krwionośne i limfatyczne, błony, powięzi, a na końcu w skórę, uśmiech, pojawiający się na twarzy heskiego Schwertmeistera, obnażył znowu dwa rzędy trójkątów.
Nielogiczność, która moim skromnym zdaniem ukatrupiła cały film.
Szkoda, że zamiast tego nie wybrałem snu.
wtorek, 4 września 2012
wtorek, 28 sierpnia 2012
Kaliber 45.
Zajrzałem sobie wczoraj na sieciową stronę Andreasa. I znalazłem pierwowzór postaci z "Rorka"- występującego we "Fragmentach" i "Przejściach" pisarza, Bernarda Wrighta. Nazywa się Bernie Wrightson i jest artystą plastykiem. Rzut oka- zaraz, zaraz! Ja skądś znam to nazwisko i tę śmiałą twarz, nieco zdeformowaną przez okulary! Tylko skąd?! Deja vu?
Nie. Bernie Wrightson- skojarzenie- Dark Tower Compendium- "frotegrafie"- tak, zgadza się. Strzał, jaki oddałem umysłem, był celny.
To właśnie on ilustrował jeden z tomów pierwszego wydania "Mrocznej Wieży" Stephena Kinga w USA.
Dziura w rzeczywistości.
Kiedy swego czasu szperałem w Sieci (niczym Mordred Deschain, che, che) za śladami bohatera Kingowskiego cyklu, natknąłem się na siedliszcze o nazwie "Gilead- terra de pistolers", zadrukowane w języku, który wydał mi się bardzo, bardzo dziwny. "Terra"? Po łacinie "ziemia", owszem, ale "pistolers"? Po hiszpańsku byłoby raczej: "pistoleros" z rodzajnikiem "los", no i "tierra". Co jest grane? Czyżby Wysoka Mowa, używana przez rewolwerowców Afiliacji w Świecie Pośrednim?
Okazało się, że to język kataloński.
No cóż, jeśli chodzi o celowanie okiem, strzelanie umysłem i zabijanie duszą, Antoni Gaudi i Cornet był bona fide rewolwerowcem.
Ale powiązanie cyklu Mrocznej Wieży z "Rorkiem" to coś, co naprawdę mnie zaskoczyło.
Nie. Bernie Wrightson- skojarzenie- Dark Tower Compendium- "frotegrafie"- tak, zgadza się. Strzał, jaki oddałem umysłem, był celny.
To właśnie on ilustrował jeden z tomów pierwszego wydania "Mrocznej Wieży" Stephena Kinga w USA.
Dziura w rzeczywistości.
Kiedy swego czasu szperałem w Sieci (niczym Mordred Deschain, che, che) za śladami bohatera Kingowskiego cyklu, natknąłem się na siedliszcze o nazwie "Gilead- terra de pistolers", zadrukowane w języku, który wydał mi się bardzo, bardzo dziwny. "Terra"? Po łacinie "ziemia", owszem, ale "pistolers"? Po hiszpańsku byłoby raczej: "pistoleros" z rodzajnikiem "los", no i "tierra". Co jest grane? Czyżby Wysoka Mowa, używana przez rewolwerowców Afiliacji w Świecie Pośrednim?
Okazało się, że to język kataloński.
No cóż, jeśli chodzi o celowanie okiem, strzelanie umysłem i zabijanie duszą, Antoni Gaudi i Cornet był bona fide rewolwerowcem.
Ale powiązanie cyklu Mrocznej Wieży z "Rorkiem" to coś, co naprawdę mnie zaskoczyło.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Zamiast bieżącej dokumentacji...
...zwykły tekst. A to dlatego, że "Autoportret z trąbką", jak brzmi tytuł mojej kolejnej po "Szaleństwie Berkemeyera" purchawki, na razie nie nadaje się do utrwalenia na fotografii: mam wykonany tylko niepełny szkielet podstawy, odpowiednik gołego fundamentu.
Ale garść słów do wysypania się znajdzie.
"Rork". Niesamowity, złożony z samych zagadek komiks autorstwa Andreasa Martensa, Belga niemieckiego pochodzenia. Plastycznie- w moim osądzie hołd złożony zarówno sztuce gotyku, jak i secesji. Gdy ś. p. "Fantastyka- Komiks" wydała dwa pierwsze tomy- "Fragmenty" i "Przejścia"- jednego z nich nawet nie spostrzegłem, nie dziwota, socjalistyczny model dystrybucji prasy, zaś drugi?... Nie było mnie stać na zakup.
"Przejścia" zdobyłem parę lat później, w antykwariacie.
"Fragmenty" znalazłem. Tak, znalazłem. Pewnego letniego dnia na ulicy.
Potem- sporo czasu potem- dopadłem "Cmentarzysko katedr" i "Gwiezdne światło".
A "Koziorożec", "Zejście" i "Powrót" znów jakoś mnie ominęły. Owszem, wiosną ubiegłego roku prowadziłem poszukiwania tych trzech tomów. Bezskuteczne.
Ale od czego jest Sieć? Skoro nie mogę poczytać, skoro nie mogę podziwiać malarskiego geniuszu autora, to niechże chociaż poznam, jak ta historia zadziwiająco pasywnego cudotwórcy się rozwinęła.
Szukam. I znajduję kadr, przedstawiający bibliotekę Koziorożca, bohatera innego cyklu komiksów Andreasa.
Wśród książek na półce tkwi między innymi pełne wydanie "Rorka"- autoironiczny żart twórcy- i książka, mająca za tytuł nazwisko nieprawdopodobnie śmiałego architekta z przełomu XIX i XX wieku, postaci, którą mógłby wymyśleć Juliusz Verne, Katalończyka, pokrewnego charakterem Roburowi, Arne Saknussemmowi i kapitanowi Nemo.
Mam książkę o tym samym tytule.
Autorem jest Rainer Zerbst.
"Gaudi".
Aż się zakrztusiłem.
Niestety zapomniałem, jak trafiłem na ten kadr z komiksu: moje wczorajsze i dzisiejsze próby znalezienia go spaliły na panewce.
Jak powiedziałby Entombed z "Wilq'a" braci Minkiewiczów- "dziwnym nie jest".
Ale garść słów do wysypania się znajdzie.
"Rork". Niesamowity, złożony z samych zagadek komiks autorstwa Andreasa Martensa, Belga niemieckiego pochodzenia. Plastycznie- w moim osądzie hołd złożony zarówno sztuce gotyku, jak i secesji. Gdy ś. p. "Fantastyka- Komiks" wydała dwa pierwsze tomy- "Fragmenty" i "Przejścia"- jednego z nich nawet nie spostrzegłem, nie dziwota, socjalistyczny model dystrybucji prasy, zaś drugi?... Nie było mnie stać na zakup.
"Przejścia" zdobyłem parę lat później, w antykwariacie.
"Fragmenty" znalazłem. Tak, znalazłem. Pewnego letniego dnia na ulicy.
Potem- sporo czasu potem- dopadłem "Cmentarzysko katedr" i "Gwiezdne światło".
A "Koziorożec", "Zejście" i "Powrót" znów jakoś mnie ominęły. Owszem, wiosną ubiegłego roku prowadziłem poszukiwania tych trzech tomów. Bezskuteczne.
Ale od czego jest Sieć? Skoro nie mogę poczytać, skoro nie mogę podziwiać malarskiego geniuszu autora, to niechże chociaż poznam, jak ta historia zadziwiająco pasywnego cudotwórcy się rozwinęła.
Szukam. I znajduję kadr, przedstawiający bibliotekę Koziorożca, bohatera innego cyklu komiksów Andreasa.
Wśród książek na półce tkwi między innymi pełne wydanie "Rorka"- autoironiczny żart twórcy- i książka, mająca za tytuł nazwisko nieprawdopodobnie śmiałego architekta z przełomu XIX i XX wieku, postaci, którą mógłby wymyśleć Juliusz Verne, Katalończyka, pokrewnego charakterem Roburowi, Arne Saknussemmowi i kapitanowi Nemo.
Mam książkę o tym samym tytule.
Autorem jest Rainer Zerbst.
"Gaudi".
Aż się zakrztusiłem.
Niestety zapomniałem, jak trafiłem na ten kadr z komiksu: moje wczorajsze i dzisiejsze próby znalezienia go spaliły na panewce.
Jak powiedziałby Entombed z "Wilq'a" braci Minkiewiczów- "dziwnym nie jest".
wtorek, 21 sierpnia 2012
Horror z makabryczną puentą.
Słucham ja sobie dzisiaj rano (nie z własnej woli) radioodbiornika i zostaję poinformowany, że spory odsetek Polaków uważa, iż najwcześniejsze istoty ludzkie były współczesne dinozaurom, atom ma mniejsze rozmiary niż elektron, a jeśli chodzi o naukowców światowej sławy- cóż, mieszkańcy byłego (?) PRL-u nie raczą znać ich nazwisk. Dla mnie to nic nowego, choć takie naukowe rewelacje, jak powyższe, są- przypuszczałem- właściwe ludzkim młodym do osiągnięcia wieku około 11 lat. Widocznie myliłem się i świat poszedł naprzód bardziej, niż mogłem przypuszczać. Horror? Owszem, ale przewidywalny niczym "slashers", kręcone w USA. Jeszcze trochę podtykania obywatelom piłki nożnej jako jedynego istniejącego zjawiska kultury (?), jeszcze trochę budowania boisk zamiast bibliotek, jeszcze trochę zaporowych cen w miarę wartościowych książek i dowiemy się, że biegun wschodni zdobył Kazimierz Deyna w 1941 roku.
No i na co tu się pieklić? Już Jan z Czarnolesia w swym "Satyrze abo dzikim mężu" pisał:
"Zdadzą się wam podobno prostacy mistrzowie?
Ba, będą z nich po chwili gregoryjankowie,
Jeśli im i tę trochę weźmiecie, co mają;
Na dziesięć grzywien jednak dosyć wymyślają.
Ale niech ma zapłatę godność między wami,
Ręczę wam, że zrównacie z ich tam Sorbonami."
Czyli, w wolnym przekładzie na polszczyznę współczesną: uważacie nauczycieli za prostaków? Jeśli obetniecie im płace, zgłupieją jeszcze bardziej, choć i tak pracują ostro przy zarobkach, wynoszących 10 grzywien rocznie [za Kochanowskiego- suma dość mizerna]. Ale gdybyście potrafili uszanować ich trudy, to mielibyśmy nad Wisłą uczelnie na miarę Sorbony paryskiej.
Nic nowego pod słońcem...
A makabryczna puenta?
Prowadzący program dodał do wyżej wspomnianych objawień erudycyjnych błyskotliwy komentarz. I tu pozwolę sobie użyć mowy zależnej, bo nie zacytuję dokładnie słów tego dziennikarza. Rzekł mianowicie, że spośród Polaków, którzy potrafili wymienić jakieś nazwisko naukowca światowej sławy, większość wspomniała o Marii Skłodowskiej- Curie, zamiast np. Alberta Einsteina. Znaczy się, może i brakuje owym mieszkańcom Wolski erudycji, ale za to są patriotami.
W tym momencie zjeżyła mi się cała sierść na skórze, a czułki zwinąłem w paragraf.
Dlaczego?
Bo przed ślepiami stanęły mi "Zapiski komendanta Kremla", autorstwa- podobno- Pawła Malkowa i zawarta w nich przepiękna scena, kiedy to nowa, sowiecka władza zastanawia się, kogo oddelegować do zajęcia się sprawami floty bałtyckiej. Pada na, o ile pamiętam, pięciu "towarzyszy" i tu wybucha fajerwerk grozy: "O marynarce wojennej nie mają żadnego pojęcia, ale to doświadczeni komuniści, na pewno dadzą sobie radę!"
Brrr!...
No i na co tu się pieklić? Już Jan z Czarnolesia w swym "Satyrze abo dzikim mężu" pisał:
"Zdadzą się wam podobno prostacy mistrzowie?
Ba, będą z nich po chwili gregoryjankowie,
Jeśli im i tę trochę weźmiecie, co mają;
Na dziesięć grzywien jednak dosyć wymyślają.
Ale niech ma zapłatę godność między wami,
Ręczę wam, że zrównacie z ich tam Sorbonami."
Czyli, w wolnym przekładzie na polszczyznę współczesną: uważacie nauczycieli za prostaków? Jeśli obetniecie im płace, zgłupieją jeszcze bardziej, choć i tak pracują ostro przy zarobkach, wynoszących 10 grzywien rocznie [za Kochanowskiego- suma dość mizerna]. Ale gdybyście potrafili uszanować ich trudy, to mielibyśmy nad Wisłą uczelnie na miarę Sorbony paryskiej.
Nic nowego pod słońcem...
A makabryczna puenta?
Prowadzący program dodał do wyżej wspomnianych objawień erudycyjnych błyskotliwy komentarz. I tu pozwolę sobie użyć mowy zależnej, bo nie zacytuję dokładnie słów tego dziennikarza. Rzekł mianowicie, że spośród Polaków, którzy potrafili wymienić jakieś nazwisko naukowca światowej sławy, większość wspomniała o Marii Skłodowskiej- Curie, zamiast np. Alberta Einsteina. Znaczy się, może i brakuje owym mieszkańcom Wolski erudycji, ale za to są patriotami.
W tym momencie zjeżyła mi się cała sierść na skórze, a czułki zwinąłem w paragraf.
Dlaczego?
Bo przed ślepiami stanęły mi "Zapiski komendanta Kremla", autorstwa- podobno- Pawła Malkowa i zawarta w nich przepiękna scena, kiedy to nowa, sowiecka władza zastanawia się, kogo oddelegować do zajęcia się sprawami floty bałtyckiej. Pada na, o ile pamiętam, pięciu "towarzyszy" i tu wybucha fajerwerk grozy: "O marynarce wojennej nie mają żadnego pojęcia, ale to doświadczeni komuniści, na pewno dadzą sobie radę!"
Brrr!...
Subskrybuj:
Posty (Atom)