wtorek, 8 maja 2012

Słowa.

Niektóre potrafią być w swoim znaczeniu naprawdę irytująco nieostre. Niewyraźne. Nieprecyzyjne. Przykład? Ot, choćby "dobro", "zło" i związane z nimi przymiotniki, o przysłówkach nie wspominając. Fryderyk Nietzsche miał akurat to szczęście, że w języku niemieckim istnieje rozróżnienie między pojęciami "gut" (dobry), "bose" (krzywdzący) i "schlecht" (wadliwy). Z tej zagwozdki lingwistycznej wywiódł cały systemat, który nota bene mało co się chyba przydał jego schorowanemu twórcy.
W polszczyźnie brak takiego, za przeproszeniem, niuansu. Ale co właściwie w takim razie znaczą te słowa na "d" i "z"?
Zbadałem sprawę na swój brutalny, prymitywny sposób. Wynik:  wedle mojego niedoskonałego osądu to jedynie skróty myślowe. Mianem "dobra" gatunek ludzki określa to, co służy biologicznemu przetrwaniu jednostki bądź zbiorowości, "zła" zaś- wszystko, co w takim przedłużeniu egzystencji przeszkadza. I bywa, że pod tym względem występuje głęboka sprzeczność- weźmy pod uwagę choćby  jakże trafne spostrzeżenia Kalego z "W pustyni i w puszczy" Sienkiewicza albo sytuację w obozie pracy przymusowej: czy dla osadzonych tam mordercza harówka dla wzmocnienia potęgi totalitarnego państwa to coś "dobrego"?  Raczej nie za bardzo. A dla (nielicznej zwykle) grupy decydentów w tym państwie? Wprost przeciwnie.
Ja zaś nie lubię niejasności. Dlatego odrzuciłem te pojęcia. Używam ich czasami, owszem, ale tylko wobec istot, które prawdopodobnie jeszcze w nie wierzą. Dla mnie to już tylko kolejny z potencjalnie szkodliwych mitów, stworzonych przez tzw. ludzkość.
Na swój prywatny użytek wolę korzystać ze słów "harmonijn/y/a/e/ie" i "nieharmonijn/y/a/e/ie".
A z kim  lub czym ta harmonia miałaby występować?
Ze mną, oczywiście. I nie popadam tutaj w pychę- przecież najbardziej podstawową rzeczą, jaką się ma, jest własna indywidualność. Zaniedbana zaczyna boleć. W paskudny sposób. I wtedy pojawiają się patologie typu alkoholizm, narkomania, bądź- w lżejszych przypadkach- ucieczka w Bieszczady, jeśli mówić o tubylcach. Rzeczywistość da się zaś mierzyć jedynie własną miarą. Gdy ktoś próbuje robić to miarą cudzą, nieświadomie tworzy autokarykaturę, bo wygląda to tak, jakby usiłował korzystać z należącej do innej osoby najbardziej tylnej części ludzkiego ciała: rozmiar nieodpowiedni, a i ciężko się tego w toalecie używa.
Owszem, niektórzy potrafią całkiem zręcznie udawać to, o czym wspomniałem powyżej... ale  to udawanie zawsze w końcu wychodzi na jaw.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz